Co: Fill my little world #6
Kiedy: środa, 9 czerwca 2010
Aż tyle czasu minęło. Nie mam pojęcia, czy ktokolwiek jeszcze tu zagląda, ale to nic. Jeśli zagląda, to fajnie - może mi coś napisze. Jeśli nie, trudno.
***
– Jestem Beckett, nie zamykaj mi drzwi, wybierzesz się na spacer? – wyrzucił jednym tchem i uśmiechnął się z ulgą, że mu się udało. Odwzajemniła uśmiech nieco mniej optymistycznie i nawet wpuściła go do środka.
– Ja jestem..
– June, wiem. – zastanawiała się, czemu on cały czas się szczerzy. – Na plażę?
– Hmm.. dobra. Skorzystam, póki mogę. Poczekasz? – kiwnął głową i wszedł do pomieszczenia, które okazało się kuchnią.
June pobiegła na górę, założyła kostium pod ubranie i po pięciu minutach wróciła do gościa.
- Co się stało, że mnie wpuściłaś? – próbował zacząć rozmowę, gdy prowadził ją w stronę plaży, chociaż nie było daleko.
– Przypominasz mi kogoś..
– Chłopaka?
– Tak, teraz chyba byłego. Też bardzo chciał nawiązać ze mną kontakt.
– Mogę zadać pytanie?
– Zadałeś.
– Nie o to mi chodzi - wypiął jej język – Czemu powiedziałaś „skorzystam póki mogę”? Stało się coś?
– Myślę.. myślę, że to nie Twoja sprawa, Beckett.
– I tak się dowiem. Zawsze o wszystkim wiem.
– Tylko potem nikomu nie mów. – mruknęła, rozkładając ręcznik na ciepłym piasku.
Zastanawiał się, co ona może ukrywać. Znał ją z widzenia od tygodnia, chciał poznać bliżej, ale odsuwała się. Była podobna do niego. Z każdym dniem zauważał te podobieństwa i dlatego chciał ją poznać. Dostrzegł, że odsuwa się od ludzi, że mimo swej niechęci do nowych, potrafi być całkiem miła. Pozwoliła mu zabrać się na plażę, chociaż tydzień temu chciała się go pozbyć w dość okrutny sposób.
– Fajne ciałko. – spojrzał na nią, ale zaraz pożałował, bo kopnęła w niego piachem, wrzeszcząc, że jest niewychowany. Ale śmiała się.
– I z czego się cieszysz, młocie?
– Bo się uśmiechasz, gwoździu! – stwierdził, a potem ruszył za nią z chęcią wrzucenia jej do wody
– Nie umiem pływać! Nie umiem!
– Uratuję Cię. – potem był już tylko przeciągły krzyk, gdy wylądowała w wodzie i pociągnęła go za sobą. Tylko że.. to on krzyczał. Całe „180 centymetrów wzrostu” darło się jak małe dziecko.
Prowadząc ją za rękę wrócił na ręcznik i położył się, ciągnąc ją w dół.
- Nie myśl sobie, że coś zdziałasz.
– Staram się jak mogę. Poczekam aż sama mi powiesz. – odwrócił się do niej i spojrzał jej w oczy. – Kurcze, nawet nie wiedziałem, że masz błękitne oczka. Odezwiesz się? – pokręciła głową – Dobra, to ja będę mówił. Mam sobie osiemnaście lat, urodziłem się 15 maja, tak jak Ty jestem jedynakiem.. Hmm.. Nie lubię ludzi, tak jak Ty, ale nie chcę od razu ich pozabijać, jak jestem zły – zaśmiała się i zakryła usta dłonią – Nie nabijaj się. Nie mam dziewczyny i jej nie szukam. Noo, teraz Ty.
– Kiedy nie chcę..
– No nie daj się prosić.
– Nie ma o czym mówić. – jęczała dalej
– June, gadaj.
– Beck, nie chcę no.
– Mów kobieto!
– Wal się. – naburmuszyła się i odwróciła plecami do niego.
– Nie obrażaj się. Ruda, no, proszę. Spójrz na mnie i powiedz coś.
Zamiast tego podniosła się, zebrała swoje rzeczy i odeszła bez słowa pożegnania. Bo taką miała ochotę. On poszedł kilka minut później, by nie powiedziała, że ją śledzi.
komentarze [0]Co: Fill my little world #5
Kiedy: środa, 2 grudnia 2009
Znów zaniedbałam. Przepraszam. Za dużo na głowie. Już przypominam zombie.
Ale odstresuję się już w piątek, jak wyruszę do "Szwablandii" :D
***
A wieczorami, po odrobieniu lekcji, dużo rysowała i pisała. Nudziła się okropnie, dlatego zaczęła wychodzić do parku. Może i nie było tam bezpiecznie, ale zawsze było weselej niż w czterech ścianach. Potem wracała i brała prysznic. Taki zaplanowany dzień. W sobotę było inaczej.
- Mamo, mamy mniej śmierdzące mydło?! – wydarła się, będąc już zmoczona strumieniem wody
– Ale o co Ci chodzi? Twoje ulubione, truskawkowe.
– Śmierdzi. Mamy inne?
– Już dobrze, przyniosę Ci inne. – stwierdziła, choć wydało jej się to strasznie dziwne. Po chwili dała córce najzwyklejsze bezwonne mydło, jak dla dzieci, a zabrała „śmierdzące” truskawkowe. – June, na pewno wszystko dobrze? Ostatnio dziwnie się zachowujesz..
– To znaczy? – przekrzykiwała szum wody.
– Płaczesz bez powodu, jakoś inaczej wyglądasz, jesz grejpfruty, chociaż ich nie lubisz, a Twoje ulubione mydło teraz jest śmierdzące.
– Przesadzasz, mamuś.
– Zobaczymy.
Pani MacKenzie wróciła, gdy June już wysuszyła i wyprostowała włosy i właśnie leżała głową na podłodze, a nogami na łóżku.
- Mały teścik, córka.
– Dobra. – pani brunetka usiadła koło tułowia córki z jakąś książką pokaźnych rozmiarów.
– Czy spóźnia Ci się okres?
– Ta.
– Czy masz ciągły apetyt?
– Nie chcę jeść – skrzywiła się
– Nudności?
– Ta. Rano.
- Od dawna?
– Tydzień.
– Zawroty głowy? Omdlenia?
- Nie.
– Częściej siusiasz? – dziewczyna parsknęła śmiechem, jej mama też.
– Tak, bolą mnie piersi i chce mi się spać. Poza tym czuję się chora i nudzi mi się.
– Kochana, idziemy do lekarza w poniedziałek.
- Ale..
– Nie ma żadnych ‘ale’. A jutro pogadamy z tatą.
– Czy Ty naprawdę myślisz, że ja..?
– Tak właśnie myślę, June.
I rzeczywiście, w niedzielę odbyły poważną rozmowę z panem MacKenzie, który jednak nie był zły. Nie spodziewał się takiej informacji, ale nie był zły. A w poniedziałek, pierwszy dzień ferii, zamiast na plażę, poszła do ginekologa.
– Tak, pani córka jest przy nadziei – stwierdził. Potem polecił witaminy, dużo ruchu i pogratulował młodej mamie oraz pani Abigail, czyli babci, bo od teraz przecież nią była.
– Kochanie, co z Rick’iem?
– Nic mu nie mów, proszę.
– Powinien wiedzieć.
– Może i, ale nie musi i się nie dowie. Obiecaj.
– Jak uważasz, June.
– Chcę grejpfruta albo nie.. truskawki, które nie śmierdzą.
– To chodźmy.
Truskawki okazały się tylko jedną pozycją na liście ich zakupów. Dalej była czekolada na gorąco w proszku, solone chipsy, ciastka z czekoladą i sok pomarańczowy.
– Ja po samych zakupach widzę, że coś jest inaczej. Będę dziadkiem?
– Tak, tato.
– Przynajmniej wiem, na czym stoję. A Rick?
– Proszę was. – jęknęła
– Kochasz go przecież.
– Kocham.., ale nie powiem mu. To tylko moje dziecko.
– Jesteś pewna?
– On woli wieszaki, a nie mnie.
– To przynajmniej wiemy, czemu byłaś zadowolona z wyjazdu. – zaśmiał się jej ojciec. Chyba nawet nie był bardzo zły.
Następnego dnia znów brunet zapukał do jej drzwi. Otworzyła i..
komentarze [0]Co: Fill my little world #4
Kiedy: czwartek, 22 października 2009
Znów przepraszam. Chyba cały czas już będę przepraszać. Bo to czasu brak i jeszcze mi przeglądarka zdechła, jędza jedna.
Ale już wklejam, proszę bardzo.
***
Zastanawiał się, co Ona może teraz robić. Leżał na łóżku i wyobrażał sobie, że ona chodzi po jakimś nowym mieście, poznaje nowych ludzi, chociaż do tego podszedł sceptycznie i, że na pewno nie myśli o nim. Bo po co ma myśleć o kimś takim, nawet, jeśli przez ponad rok zdobywał jej zaufanie, a potem.. potem się popsuło.
Jej telefon zaczął dzwonić. Złapał go i odebrał.
- Yyy.. czekaj, Marge, tu nie June. Słuchaj, ona wyjechała.. wiesz? Nie mam telefonu do niej, zostawiła stary.. aha.. no dobra, ale jak się dowiesz czegoś, daj znać.. proszę. Cześć.
I dowiedział się tyle, że zmieniła pocztę, czuł, że napisała do Margaret, ale ona nic mu nie powie, i.. nic więcej. Kolejny raz w przeciągu trzech dni poczuł się jak skończony dupek.
W poniedziałek jak zwykle wstał do szkoły, choć już z mniejszym entuzjazmem. Pamiętał o obietnicy, dlatego nie zawali tego. Skończy szkołę, zacznie na studia i ożeni się z nią. Tak, jak sobie wymarzyli. Tylko to ostatnie będzie trudne w obecnej sytuacji.
- Trzymasz się, Rick? Dziwnie wyglądasz.. – uśmiechnięty kolega podszedł do niego i klepnął w ramię.
- Tak, jeszcze żyję.
– Gdzie masz June?
– Nie mam.
– No weź nawet tak nie żartuj. Co z nią? – nadal nie tracił humoru
– Wyjechała. Przeliterować?
– No spoko, nie bulwersuj się. – uniósł ręce do góry i oddalił się, nie chcąc być materiałem na pozbycie się złości. Nie obraził się na kolegę, tylko uznał, że potrzeba mu czasu. Bo przecież Rick’owi zawsze się udaje.
- Może Cię odprowadzę?
- ...
– A może wybierzemy się na spacer?
- ...
– No to chociaż szkołę Ci pokażę?
– Odczep się do cholery! Jesteś strasznie natrętny i wkurzasz mnie! – zostawiła wysokiego bruneta w szkolnej auli i poszła do domu. – Denerwujący idiota, kretyn, kopnę go, rozwalę na kawałki, zakopię w ogródku..
– A samochodem przejedziesz? – usłyszała jego rozbawiony głos. Stanęła w miejscu i zaczęła piszczeć, na co ludzie dziwnie spojrzeli i zaczęli omijać. Gdy skończyła poprawiła kurtkę, torbę na ramię i ponownie ruszyła, nic jednak nie mówiąc, na wypadek, gdyby znów podsłuchiwał.
Wiedziała, że szedł kilka metrów za nią, mimo iż się nie odzywał, po prostu to czuła. Weszła do domu i zastała tylko obiad, bo rodzice pracują.
– Przecież już 16. – powiedziała do siebie, zerkając na zegar na ścianie. Właśnie teraz powinna usłyszeć „June, jestem”, ale nic takiego się nie stało. – No cóż..
Do piątku zdążyła każdego ranka odwiedzić toaletę w celu zwrócenia kolacji, najeść się do syta przy każdej jednej porcji jedzenia i trzy razy popłakać bez powodu, no właściwie na widok bruneta. A potem ukrywała się w toalecie.
Nie dawał jej spokoju, ciągle za nią łaził, próbując chyba się przedstawić, ale nie chciała go słuchać. Zawsze zatykała uszy słuchawkami albo palcami, jak małe dziecko. Nie potrafił do niej dotrzeć, a ona wcale nie czuła się z tym źle.
komentarze [1]